A kiedyś to było tak, że nagle odechciało mi się jeździć na wycieczki za miasto. To był ten etap, kiedy, jako szybko dorastający berbeć, zaczynałem odkrywać uroki telewizji kablowej i pierwszych konsol. Eony minut spędzone przy Tankach, duckhunterze, Mario i Contrze- chyba częściej oglądałem to śmieszne pudełko niż spałem. Oczywiście nikomu sie to nie podobało. Mi się również nie podobało, że im się nie podoba ale sześcioletni dzieciak nie ma wystarczającej siły przebicia by wytłumaczyć całemu swojemu otoczeniu, że wycieczki na wieś, szczególnie w lato, są bzdurą. Nie do nich nie przemawiało! Kiedy człowiek mówił im, logicznie, że jest gorąco, że są tam komary, że kury robią dziwne śnieżki gdzie popadnie, a ciocia dziwnie pachnie można było spotkać się z gniewem i ciskanymi piorunami werbalnymi. No to trzeba było jechać… Zabierało się ubrania na zmianę, butelkę najlepszego koniaku firmy Wódka na stół, a resztę niby- potrzebnych gratów (ręczniki, koce, gry planszowe itp) ładowało się do usytuowanego z przodu wehikułu bagażnika i ze smutną miną jechało na wieś. Ja uzbrojony jedynie w swoją ulubioną zabawkę musiałem wytrwać, wiedziałem że mi się uda, bo przecież już wiele razy się udawało. Kiedy wyruszaliśmy na te wycieczki, nie było żadnych wielkich fanfar, ani salutujących cywili, a przecież to była niebezpieczna podróż, do kuzynów, którzy niczym barbarzyńcy, nigdy nie słyszeli o pegasusie… Czasami na pocieszenie pomachała mi sąsiadka z parteru- ona wiedziała, że wcale mi się to nie podoba.